CERT.pl
CHIP.pl
CHIP.pl (news)
DobreProgramy.pl
Dziennik Internautów
Hacking.pl
IDG.pl
IDG.pl (news)
JabberPL.org
LinuxNews.pl
Wykop.pl
(Google) Polski Blog
(Googler) Marcin Sochacki
Bartłomiej Dymecki
Bluerank
Einer
Gcity.pl
Jerzy Dąbrówka
Kamil Pociask
Ludwik C. Siadlak
Lukasz Horodecki
Mariusz Styczeń
Michał Spadliński
Mój GMail
Narzekasz.pl
Normanos
Piotr Konieczny
Roch Kudła
Tomasz Gawęda
Tomasz Topa
Tomasz WieczorekWszelkie skargi, wnioski oraz zażalenia należy kierować do Piotra Konieczny, który niczym Mały Książe włada tą planetą :-)
Znasz kogoś kto często pisze o Google? Daj znać!
Planeta Google NIE JEST oficjalnym serwisem Google Inc.
Jako się blipło, zacząłem rozpracowywać Google Docs jako narzędzie do pracy grupowej nad projektem na uczelni. W grupie są osoby z Gdańska, Gdyni i Wejherowa, więc wykorzystanie internetu do współdzielenia materiałów jest tu jak najbardziej wskazane.
Mamy więc dokument do zbierania fragmentów opisowych pracy (tzw. prozy) i arkusz kalkulacyjny do dokonywania obliczeń (to bydle ma zaimplementowane funkcje statystyczne i wykresy!), do wszystkiego prosty polskojęzyczny interfejs. Nie trzeba się nigdzie rejestrować dodatkowo, bo każdy już ma swoje Google Account… Po prostu bierzemy się do pracy!

Od paru dni obserwuje, jak moja skrzynka GMailowa wypełnia się ofertami viagry, które do tej pory były skutecznie odfiltrowywane. Okazuje się, że spamerzy zaczęli wykorzystywać sposób, opisany przeze mnie na blogu już ponad rok temu — brawa za refleks :> Poniżej cytat z siebie samego, z października 2006:
Witaj! Google zaprasza Cię do udziału w nowym konkursie %75%72%6c pt. "Zwariowane procenty, zwariowane liczby" - wyłącznie dla geeków!
Odwiedź stronę nowej usługi i wygraj jedno ze 100 miejsc pracy w nowym Googlopleksie w Zakopanem!
http://google.com/%75%72%6c?%71=%68%74%74%70%3a%2f%2f% 6b%6f%6e%69%65%63%7a%6e%79%2e%62%65%2f% 6d%69%73%63%2f%67
Aby zobaczyć pytania konkursowe, zaloguj się używając swojego standardowego loginu i hasła Google.
Ale czekaj, to nie koniec! Przed wysiłkiem umysłowym Google poleca Ci małą rozrywkę:
http://google.com/%73%65%61%72%63%68?%71=%C5% 9B%6d%69%65%73%7a%6e%65%2b%72%65%6b% 6c%61%6d%79%2b%74%65%6c%65%77%69%7a% 79 %6a%6e%65&%62%74%6e%49
Jak widać, moja metoda jest jeszcze sprytniejsza, bo dodatkowo maskuje zapytanie prostym perlowym skrypcikiem.
Po części Google poszło już po rozum do głowy, bo przy przekierowaniach (tylko przez parametr URL) pokazuje użytkownikowi adres docelowy i pyta, czy faktycznie chce on przejść na daną stronę. Niestety, przy przekierowaniach "I'm feeling lucky" już tego nie robi.
Co ciekawe, spamerzy potrafią także obchodzić filtry antyspamowe GMaila, wysyłając e-maile z najprawdziwszych adresów i serwerów Google...

Robią to dzięki widżetowi do udostępniania ciekawych wiadomości. Po prostu pięknie...
Oby Google zareagowało szybko. Kategorycznie nie zgadzam się, żebym w imię "juzabiliti" interface'u jakiegoś widgeta dostawał spam. No i kto jeszcze w dzisiejszych czasach korzysta z "I'm feeling lucky" do cholery!?
PS: Jeśli nikt z Was nie dostaje od znajomych wiadomości z tego spamerskiego widgetu, możecie sobie na własną rękę odfiltrować spam tego typu filtrem from:noreply subject:(shared this with you) lang:en (z pominięciem Inbox).
PPS: GMail ma już ponad 5 GiB pojemności.
W ramach międzyblogowej współpracy publikuję dzisiaj artykuł autorstwa Pawła Tkaczyka, blogera i właściciela agencji interaktywnej MIDEA.
Web 2.0 to bardzo nośny temat - po części dlatego, że bardzo ciężko go zdefiniować i wszystko, co w tej chwili pojawia się w internecie jako nowość dostaje niemal automatycznie tę łatkę. Jednak abstrahując od marketingowego szumu, Web 2.0 to pewien sposób myślenia, który
może firmie przynieść wymierne korzyści w postaci poprawy wizerunku czy zwiększenia liczby Klientów. Nie trzeba jednak od razu “skakać na głęboką wodę” i zmieniać całej struktury firmy. Do Web 2.0 można podchodzić krok po kroku. Które kroki wybrać - zależy od firmy, jej profilu i Klientów. Prześledźmy nasze możliwości.
Web 2.0 to internet, miejsce wymiany informacji. Nowy paradygmat zakłada, że tradycyjne podziały na nadawców informacji (firmy, reklamodawców) i jej odbiorców (internautów) rozmywają się i zacierają. Komunikat marketingowy przygotowany przez firmę z wielkim budżetem może mieć taki sam wpływ na opinię internautów jak amatorsko rzygotowana witryna, o której informacje rozchodzą się “pocztą pantoflową”. Jeśli zatem jako firma jesteś gotów zaakceptować to, że Twoi odbiorcy mają głos (i to czasami dosyć donośny), jesteś na najlepszej drodze do Web 2.0.
Kolejną podstawą leżącą za tą ideologią jest wiara w zbiorową mądrość tłumu, tzw. folksonomia. Zakłada ona, że nikt nie wie wszystkiego, ale za to każdy wie “coś”. Suma tych “cosiów” daje całkiem sporą dawkę solidnej wiedzy. Folskonomia oczywiście zakłada, że ludzie chcą się tą wiedzą dzielić (czy może raczej “wymieniać”), ku ogólnej korzyści. Zatem znowu: jeśli jako firma jesteś gotów uwierzyć, że użytkownicy Twoich produktów mogą o nich dyskutować ze znajomością tematu podobną Twoim pracownikom, jesteś na najlepszej drodze do Web
2.0.
Kiedy wspólnotę jednoczy filozofia, należy wyposażyć ją w narzędzia, które tę jedność i chęć dzielenia się wiedzą pozwolą wykorzystać. Do dyspozycji masz:
Tradycyjnie blog to pamiętnik prowadzony w internecie. Prowadzony przez prywatnych użytkowników umożliwiał czytelnikom pozostawianie komentarzy, dyskusje z autorem i pomiędzy sobą. Dzisiejsze blogi to już nie pamiętniki - ich treść jest w zasadzie dowolna, pozostała jednak “równość głosu” pomiędzy autorem i czytelnikami. Zatem zasadniczo blog to witryna internetowa, na której treść jest cyklicznie aktualizowana (stąd blogi wyświetlane są najczęściej w chronologicznym porządku, z najnowszymi wpisami na górze) i która umożliwia czytelnikom wyrażenie swojej opinii, dyskusje z autorem i z innymi.
Blog firmowy to rewelacyjne narzędzie do budowania relacji z klientami i ludźmi potencjalnie zainteresowanymi naszą ofertą. Ponieważ jego treść jest często aktualizowana (i to nie tylko przez samych autorów, ale także przez czytelników), użytkownicy wracają do niego częściej niż na stronę firmową — nie tylko po to, żeby czytać, ale także prowadzić dyskusje.
Czytelnicy blogu tworzą społeczność i należy się z nimi liczyć. “Czysto marketingowy” tekst jest akceptowalny na firmowej witrynie, ale w blogu, gdzie każdy może napisać w komentarzu, że to “marketingowa papka” lepiej jest prowadzić rzeczowe dyskusje. Możliwość bezpośredniej komunikacji sprawia, że otwierają się przed nami nowe horyzonty: na blogu możemy przekazywać informacje o nowinkach zanim ukażą się one oficjalnie, możemy odpowiadać na
najczęściej zadawane przez użytkowników pytania, możemy w końcu tworzyć “image” firmy przyjaznej dla pracowników, co przydaje się w procesie rekrutacji. Blog firmowy to także doskonałe miejsce do rozpoczęcia marketingu wirusowego.
Wyszukiwarki internetowe kochają blogi. Ludzie, którzy czytają blogi to najczęściej najbardziej aktywni użytkownicy internetu, liderzy opinii w swoim środowisku, dobrze wykształceni i dobrze zarabiający, śmietanka każdej społeczności. Często także prowadzą swoje blogi i chętnie linkują do informacji znalezionych gdzie indziej. Duża liczba takich linków winduje pozycję witryny w wyszukiwarkach dużo skuteczniej, niż amatorskie akcje pozycjonowania. Jeśli zatem zależy Ci na “pierwszym kroku” w świat Web 2.0, blog będzie doskonałym punktem wyjścia.
Odrobina statystyk: na naszą stronę firmową (www.midea.pl) przyciągamy ludzi za pomocą kampanii AdSense oraz regularnie uaktualniamy jej treść. Przyciąga średnio 250 użytkowników dziennie. Dla blogu nie jest prowadzona żadna akcja promocyjna. Liczba unikalnych użytkowników dziennie? Ponad 3.000, ponad dziesięciokrotnie więcej!
Wydatki na “nowy marketing” rosną z roku na rok, a marketing wirusowy jest na czele tej stawki. Opiera się o założenie, że komunikat reklamowy może być rozprzestrzeniany nie za pomocą tradycyjnych mediów, ale przez konkretne osoby, które uznają go za na tyle interesujący, by podzielić się nim ze znajomymi. Oczywiście nie ma co liczyć na to, że odbiorca klasycznego maila reklamowego nagle zapała chęcią rozesłania go do wszystkich znajomych. Komunikat reklamowy w takim przypadku konstruuje się inaczej, nierzadko ukrywając jego
“reklamowy” sens pod płaszczykiem bezproduktywnej rozrywki (tak, to jeden z najpopularniejszych “wirusowych” tematów).
Przykłady: Will It Blend - seria filmików, w których szalony naukowiec wrzuca różne rzeczy do miksera. Od konserw (w puszkach), przez figurki Chucka Norrisa po iPoda - w tle dobrej rozrywki mamy firmę produkującą miksery.
Dobra kampania wirusowa musi oferować konsumentowi jakąś korzyść - zarówno dla niego samego, jak i dla jego znajomych. W powyższym przypadku korzyścią jest dobra zabawa przy oglądaniu miksera w akcji. Inną korzyścią może być informacja - coś, co zainteresuje
użytkownika i jego znajomych. Popularną formą “virali” są także “advergame’y”, czyli gry reklamowe. Możliwość napisania przemówienia dla byłego ministra edukacji Giertycha przyciągała swego czasu bardzo dużo osób na stronę firmy… szkoleniowej.
Wadą kampanii wirusowej, którą najczęściej wymieniają “tradycyjni” marketerzy jest wizja braku kontroli. Nie mamy tak naprawdę wpływu na to, do kogo dotrze nasz komunikat marketingowy. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że np. nakład miesięcznika w Polsce to kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, a reklamę wirusową ogląda kilkaset tysięcy, przewaga nad reklamą prasową wydaje się bezdyskusyjna.
Pionierem tego prostego pomysłu jest witryna digg.com. Zasada jest prosta - ktoś wysyła wiadomość (najczęściej link do niej) na stronę. Użytkownicy czytają ją i oceniają (interesująca lub nie). Jeśli wystarczająca ilość użytkowników uzna wiadomość za interesującą, ląduje ona na stronie głównej. Stamtąd dociera już do masowej świadomości dzięki olbrzymiej liczbie użytkowników Digg-a.
Sukces tego serwisu opiera się na sformułowanej jakiś czas temu tezie na temat użytkowników internetu. Na 100 użytkowników internetu w erze Web 2.0 jeden stworzy treść (np. napisze notkę do blogu), dziewięciu wejdzie z nią w jakąś interakcję (skomentuje, prześle znajomym, kliknie w digg), a dziewięćdziesięciu będzie ją jedynie “konsumować”. Tak samo jest z Digg-iem. Znakomita większość użytkowników “konsumuje” jedynie biernie to, co zostało już wypromowane na stronę główną. Zasada owczego pędu podpowiada im, że to, co się tam znajduje musi być interesujące, bo uznali tak inni internauci. Strona główna Digg jest zatem masowym źródłem kliknięć i źródłem rozprzestrzeniania się informacji po całej sieci.
W Polsce funkcjonuje kilka serwisów opierających się o identyczną zasadę, można wśród nich wymienić wykop.pl czy gwar.pl. Jeśli zatem chcesz o czymś powiedzieć grupie najbardziej zaawansowanych użytkowników, liderom opinii, spróbuj zrobić to przez jeden z tych
serwisów. Będzie to także test na wartość Twojej informacji dla “ogólnej widowni”. Jeśli większość nie uzna jej za interesującą, przepadnie. Być może nauczy Cię to lepiej formułować przekaz następnym razem ;)
W Web 2.0 tak naprawdę nie chodzi o narzędzia, ale o ludzi. Społeczność zgromadzona wokół firmy, strony, idei czy produktu to święty graal wszystkich nowoczesnych marketerów. Nie ma jednak prostej i stałej recepty na zgromadzenie tej społeczności. Pokazałem Ci kilka narzędzi i filozofię - dalsze kroki należą do Ciebie. Twoja firma na pewno na tym zyska.
2007 (tygodniami): 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 |